Dodano 2014-09-10 przez Jasiek Kowalski
Zwiedzanie vs. bieganie

Zwiedzanie ma to do siebie że trzeba mu poświęcić sporo czasu. Nawet więcej niż codzienne treningi biegowe. Ale jak to pogodzić ze sobą, mając w perspektywie 10-godzinny dzień pracy? Znalazłem na to metodę w Barcelonie! :) Połączenie tego wszystkiego może dać naprawdę sporo radości. Mimo pracowitego czasu spędzonego na Firra de Barcelona postanowiłem wstawać skoro świt (a nawet wcześniej) i biegiem zwiedzać to niezwykłe miasto.

Pierwszego dnia postanowiłem odwiedzić najczęściej uczęszczaną arterię biegową w Barcelonie czyli promenadę od kolumny Kolumba, poprzez port, Barcelonettę aż do plaży miejskiej. Wystartowałem z La Rambli… a właściwie to na początku zastanawiałem się czy z tym bieganiem o tej porze nocy/dnia to dobry pomysł. Masę turystów-imprezowiczów kończyło właśnie swoje nocne ekscesy w takim stanie upojenia że zastanawiałem się czy to aby jest bezpieczne ;) ale cóż, jak nie spróbuję to się nie przekonam. Na szczęście im dłużej biegłem tym więcej spotykałem biegowych zapaleńców, choć nie powiem aby była to większość w porównaniu z imprezowiczami. Niestety. Choć wiem że moje oczekiwania w tym temacie są wygórowane ;)

 

Odnośnie zwiedzania to co tutaj dużo mówić… Mirador de Colom w blasku wchodzącego słońca to naprawdę fajny widok, potem piękny port jachtowy, dalej port dla większych jachtów – takich naprawdę WIĘKSZYCH, potem Placa del Mar i niezwykły W Barcelona na Placa de la Rosa dels Vents. A na plaży miejskiej przed 7 rano entuzjaści porannej jogi, pływania na SUP’ach i nurkowania – nawet Pana z kuszą na swojej drodze spotkałem. Natknąłem się również na boksera który swój trening w sposób niezwykle widowiskowy zaliczał. Byli również rolkarze, deskarze i innej maści sportowi zapaleńcy których swoją obecnością i poranną aktywnością miło mnie zaskoczyli i pozytywnie nastroili do pierwszego, intensywnego dnia pracy.

Dzień drugi – to niedziela, a jak niedziela to postanowiłem że odwiedzę plac budowy La Segrada Familia. Ciut spóźniony tego dnia, więc tempo narzuciłem żwawsze i musiałem pilnować się z czasem aby w porę wrócić do hotelu.

 

Bieganie iście miejskie, już nie było tak różnorodnie jak pierwszego dnia. Ulica za ulicą, przecznica za przecznicą – oby tylko nie pomylić drogi. Na szczęście trafić nie było trudno i ze spokojem można było obiec świątynię dookoła i popatrzeć na "postęp" prac oraz związaną z tym hiszpańską manianę :) Znów wschód słońca i różnie padające światło dały naprawdę fajne obrazki. Szkoda że nie miałem ze sobą dużego aparatu – ale cóż, albo bieganie, albo fotografowanie. Porządnie jednego i drugiego pogodzić nie sposób… tak jak zwiedzania… ;)

Trzeciego dnia, z pobudek osobistych postanowiłem pobiec bliżej nieba – czyli na wzgórze Montjuic. Tym razem przy placu Kolumba skręt w prawo, by po około 1,5 km wspinać się schodami na wzgórze – a tam niezapomniane widoki na całe miasto!

Taka Barcelona w pigułce, widać było wszystkie najbardziej charakterystyczne budynki. Miasto budziło się do życia. Dalej Parc del Mirador del Poble Sec, Jardines de Joan Brossa i jeszcze dwa inne „żardines” ;) a na koniec wspinaczki Castell de Montjuic, który z racji ograniczonego czasu zwiedziłem z zewnątrz… W drodze powrotnej jeszcze stadion olimpijski i w dół z powrotem. Tego dnia liczne zbiegi, podbiegi czyli klasyczna, naturalna SIŁA…

Czwarty, ostatni dzień mojego treningowego zwiedzania to znów powrót na typowo miejskie ulice i plan aby podbić Park Guell. Po kilku płaskich kilometrach i przebiegnięciu przez Parc de la Ciutadella moje nogi znów czują nieustający podbieg – takie miasto. Myślę że maraton tutaj nie należy do płaskich – swoją drogą trochę zamarzyło mnie się pobieganie w maratonach w takich miastach jak np. Barcelona. Może kiedyś…

Tymczasem wspinam się i wspinam przez Passei de Sant Joan mijając m.in. Arc de Triomf, Placa de Tetuan aż dobiegam w pobliże Park Guell i znów z przyczyn czasowych tutaj muszę dokonać odwrotu i zbiegu w dół. Na szczęście podbiegów już koniec i można na luzie zbiec...

W dniu wyjazdu zaliczam jeszcze króciutkie rozpływanie pod Barceloną – w końcu mowa o TRI-zwiedzaniu! :)

Podsumowując. Zwiedzanie z bieganiem i trenowaniem można pogodzić bez problemu! Przy wczesnych porankach trzeba jedynie ograniczyć albo zrezygnować z późno wieczornych eskapad na miasto… w innym przypadku, w pracy, w ciągu dnia należałoby uskuteczniać drzemki ;)

 

ps. Specjalne podziękowania dla Asi Winiarskiej i Zofii Wawrzyniak (kobietybiegaja.pl) za polecenie mega fajnych biegowych miejscówek i... knajp ;) ze zdrową żywnością oczywiście!

Warto przeczytać także